Wydawnictwo: Świat Książki
Data wydania: 2006
Kategoria: Literatura piękna
ISBN: 83-7391-347-5
Liczba stron: 848
Sięgając po książkę, „Co widziały wrony” pierwsze, co intryguje, to właśnie tytuł, (chociaż jeśli wzorować się na symbolice owego ptaka w kulturze europejskiej, można się łatwo domyślić, że nie było to nic przyjemnego). Drugim, na co zwraca się uwagę to jej objętość. Pomyślałam, że skoro książka ma ponad 800 stron, to miło będzie spędzić kilka dni/ nocy na jej pochłanianiu. A skoro moja wyobraźnia utrwaliła sobie obraz ojca głównej bohaterki przyporządkowując mu twarz Davida Jamesa Elliota (naprawdę nie moja wina, że tak często utożsamiam bohaterów książkowych z filmowymi/serialowymi amantami) to stwierdziłam, że to na pewno nie będzie czas stracony.
Sama
historia też wydawała się ciekawa. Jack McCarthy wypełniając służbowy obowiązek
przeprowadza się w raz z rodziną: żoną Mimi, córką Madeline i synem Michaelem
do kolejnej placówki wojskowej. Tym razem jest to dla niego prawdziwy powrót do
domu, gdyż Centalia mieszcząca się w Kanadzie jest ośrodkiem szkolenia pilotów,
w którym i on zdobył tak wymarzone przez wielu lotników skrzydełka. Niestety
nie spodziewa się, że przybywając do tego miejsca, które kiedyś było dla niego
rajem na ziemi wystawi na szwank własną reputację i szczęście swojej rodziny.
Nie ma też pojęcia, jaka trauma spotka jego „starego druha” i z czym przyjdzie
zmierzyć się dorosłej Madeline.
Czytając
tę książkę faktycznie miałam zajęcie, ale nie na dni tylko tygodnie, a
przyjemność, jaką zazwyczaj czerpię z obcowania z książką zmieniła się w
prawdziwą mordęgę. Pomijając fakt, że główni bohaterowie są naprawdę świetnie nakreśleni,
(chociaż pani McCarthy nie przypadła mi do gustu – jej stosunek do innych ludzi
nie dawał dobrego przykładu dzieciakom), to cała opowieść jest po prostu: po
pierwsze przydługawa: mnogość wątków i zdarzeń sprawiła, że nie do końca
wiadomo, na czym najpierw skupić swoją uwagę. Po drugie francuskie zdania
wplatane w dialogi, które dla osób nieznających języka są po prostu
niepotrzebne i mogą sprawiać problem. Po trzecie kilka niewyjaśnionych wątków,
które mnie osobiście okropnie ciążyły. Bo jak można „przepaść bez wieści”? Nie
podobał mi się też podział jej na trzy części, które śmiało można zatytułować:
dzieciństwo, proces, dorosłość. I przeskoki między podrozdziałami – jestem
pietnasto-siedemnastolatką a zaraz potem trzydziestodwulatką. Wprowadziło to
niepotrzebny zamęt, a ja sama kilka razy musiałam robić nawrót żeby ogarnąć, co
w tej chwili przeczytałam.
Zakończenie
nie tak przewidywalne jak się później okazało, chociaż z początku także
obstawiałam tak jak dorosła Madeline, (co jednak okazało się błędem).
Wiem
na pewno, że nie wrócę po raz kolejny do tej książki, mimo, że porusza tematy,
które zazwyczaj stanowią tabu: molestowanie seksualne dzieci czy
homoseksualizm. Jednak zdecydowanie wolę kryminały, które bardziej skupiają się
na jednej istotnej rzeczy niż na kilkunastu pośrednich, które w końcu i tak nie
zostaną wyjaśnione. Przykre też jest to, że dobro nie zawsze zwycięża a
prawdziwy sprawcy nie zostają ukarani.
